Tibia to moje życie. Wstaję rano o szóstej, odpalam Tibię i gram do 12. Potem oczywiście zaczynam coś żyć, czyli myję się i jem śniadanie.. przy kompie oczywiście. Wbijam kolejny lvl, zabijam jakiegoś nooba. Co potem robię? Oczywiście z kolegami idę do Orc Fortess, najlepszego miejsca do expienia teamowo na moim poziomie.
Trzydziesty drugi poziom, Master Sorcerer. Taaa, to jest to. Napierdalamy orków, zabijamy króla i wypada nam cała masa itemów, które możemy drogo sprzedać. Oczywiście trochę mniej hajsu wychodzi ze względu na to, że udział w rajdzie bierze ponad 4 – 5 osób, ale przecież wszystko było zaplanowane właśnie w ten sposób. W piątkę łatwo upłynniamy zdobyty loot, dzielimy się zawsze po równo. Ewentualnie, jeżeli ktoś zginie lub straci naprawdę sporo wyposażenia to odpalamy mu jakąś dodatkową dolę. Przecież jesteśmy kolegami, prawda? W każdym razie przed Tibią spędzam średnio 10 godzin dziennie. Jestem NO LIFE i sram na to co inni mówią.
Tibia to świeta gra, wciąga jak cholera i nie ma opcji, aby przestać w to grać. Kolejne lvle sa potrzebne, kolejne sztabki złota niezbędne a kolejne zdobyte przedmioty.. bezcenne. Takie życie, tak już jest i tak będzie, Tibia to moje życie i tyle !!




